piątek

Religia, wiara - Jak dziecku powiedzieć kim są Aniołki i Bóg.

*
Jest kilka tematów których nie powinno się poruszać. Jednym z nich jest Religia. Lubię łamać zasady, więc i tą złamie.

Przychodzi taki czas, że zastanawiasz się nad tym kiedy ochrzcić swoje dziecko.  
I z tym obrzędem, łączy się wiele spekulacji, myśli i rozmyślań. 
Co da taki chrzest mojemu dziecku? Przecież jeszcze nie rozumie o co w tym chodzi.
Może przed komunią? Ale komunia dla dziecka jest tylko imprezą z prezentami. 
Tak czy owak, wszytko zależy od tego w jaki sposób Rodzic przekaże sens i znaczenie chrztu i komunii.

Ja osobiście, jestem osobą poszukującą. Dzieciaczki ochrzciłam w tym roku.
Wychodzę z założenia, że skoro żyję w kraju katolickim to dzieci wychowam również w tej wieże. 
Niema tu znaczenie że ja nie wierze. Na religię chodziłam do momentu kiedy postanowili mnie wyrzucić ze szkoły za zniewagę katechetki. Uwielbiam tą lekcje. Można się wiele ciekawego dowiedzieć.Na owej lekcji zawsze robiłam znak krzyża, udzielałam się na zajęciach, odpowiadałam i prace domowe też odrabiałam. Mam szacunek do każdej z religii. Wchodząc do kościoła, automatycznie zaczynam się modlić, ze względu na szacunek dla ludzi którzy się tam znajdują i ich wiarę. Na owej lekcji zawsze robiłam znak krzyża, udzielałam się na zajęciach, odpowiadałam i prace domowe też odrabiałam.

Synek ma już 2lata i 7m. Powoli go wdrażam w religię. Tłumacze mu kim są Aniołki i Diabełki. Że nad chmurkami jest Bóg. I uczę pierwszych najłatwiejszych modlitw.
Powracając do chrzcin. Większość ludzi najzwyczajniej w świecie pyta co wręczyć w prezencie. I tak też było u nas. Będąc ciągle w temacie, jednej z osób(Pozdrowianoka:)) powiedziałam że w sumie taka Biblia dla dzieci nie była by głupim pomysłem. Skoro uczę kim jest Bóg i religia to taka Biblia powinna okazać się pomocna. 

I dostaliśmy, przepiękne wydanie Biblii dla dzieci. Okładka twarda, kolorowa, śliczna. Obrazki w środku bajeczne. Nic dodać, nic ująć.
Doszliśmy do treści. Tu aż nie wiem co powiedzieć.
Biblia dla dzieci - masz na myśli coś w stylu: 
                                               " Bóg jest dobry.Stworzył świat,
                                                 dziewczynkę, chłopca, roślinki i zwierzątka. 
                                                 Bogu  pomagają Aniołki. Czasami taki Aniołek 
                                                 schodzi na ziemię i pilnuje ludzi. "
                                                 "Głęboko, głęboko pod ziemią jest Diabełek. 
                                                  Diabełek jest zły, i zabiera do siebie złych ludzi"

No coś w ten styl. Zło, dobro, motylki, ptaszki i jakieś tam grzeszki. Dla dzieci, tak delikatnie. 
Ale kuźwa mać....Powiedzcie mi proszę na jaką cholerę, dziecko, małe ma wiedzieć coś takiego: 

 
                       
                                                  Czy dziecko ma wiedzieć że facet kocha bardziej jedną kobietę od drugiej? JUŻ NIE MÓWIĘ O TYM ŻE DZIECKO MA WIEDZIEĆ ŻE FACET MA DWIE KOBIETY!!DWIE!! Że jedna z drugą konkuruję? Że jedna chce się pozbyć drugiej?! Że jedna poświęca dziecko dla miłości. No co to kuwa ma być!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
To jeszcze nie koniec!! I to jest najgorsze. 

 Wersja "soft" jak by ktoś zapomniał dla dzieci. 
Zabijmy ludzi, którzy mnie skatowali za to że ich okradłem...
Nie mam pytań.
Mąż dziecku taką oto "książkę" czytał na dobranoc. Któregoś dnia i ja siadłam czytać mu zamiast "Mikołajka". Nigdy więcej. "Mikołajek" ma o wiele więcej przekazu i mądrości(o nim też napiszę)
Zastanawiam się co wydawca i autor tych biblijnych opowieści miał na myśli. Każdy fragment nakłania dziecko do agresji, nietolerancji. Nie mówiąc już o mściwości i zasady:  Ty mi. To ja tobie.
Dla mnie to powinno należeć do kategorii horror. Zastanawia mnie co wy o tym powiecie. Mi brak słów, dla tego chciałam swoją wypowiedź poprzeć zdjęciami z najgorszymi chyba fragmentami.
*


*
*
*
*
I to jest parę tylko stron, z 366kartek bzdurą pisane...Czego to ma uczyć ja się pytam? Co dziecko wyniesie z takiej lektury? 

A jak jest u was? Jak wy mówicie dziecku o biblii i Bogu?

wtorek

Mama konta reszta świata...

*
Postaram się nie przeklinać, chociaż parę przykrych słów na język leci.

Znacie to zjawisko, kiedy to Mama mówi czemuś stanowcze  NIE!!,  a reszta świata ma to w czterech literach. I tak robią po swojemu nie licząc się ze zdaniem rodzicielki?
Jasne że znacie, a ja właśnie poznaje. I cholera jasna mnie trafia!!

Zacznę od problemu głównego. Nenek!!!
Tatuś vs. Mamusia. 
Kiedy dostrzeże,że moje maluchy już dojrzewają i wypadało by z czymś iść etap wyżej, zaczynam wprowadzać nowe obyczaje w życie codzienne. 
Jedzenie samemu, picie z bidonika, załatwianie się do toalety a nie nocniczka, jedzenie o stałych godzinach, nie reaguję na pierwszy krzyk Bułeczki, uczę ją czekania. Można by wymieniać w nieskończoność.

Wprowadzanie nowych rzeczy w życie malucha bywa trudne. Wymaga zrozumienia i wiele cierpliwości.
Pierwszą i najważniejszą zasadą jest poinformowanie wszystkich domowników o następujących zmianach. Drugą zasadą jest wytłumaczenie dziecku czemu coś ulega zmianie i powtarzania danej czynności do tej pory aż zrozumie albo sam załapie i wejdzie w nawyk. 
Kiedy dziecko zaczyna przyzwyczajać się do nowego, to nie należy robić bajzlu w głowie malucha i nie można wracać do wcześniejszych czynności.

Przykład:
2,7letnie dziecko, jak dla mnie mogło by pić z bidonika i należało by odstawić już butelki. Więc ulubione pićku czy mleczko podajemy w bidonie. Dziecko polubiło i zaakceptowało sposób podawania napojów. Aż tu pewnego dnia kiedy histeria synka osiągnęła pkt. krytyczny, Nenek podał mleczko w butelce.
Nagle bidonik stał się tragedią i maluch chce koniecznie butelkę.
Rezultat:
- Nauka pokochania bidonika poszła w #$@$#$@#$%%@! 
- Czas stracony
- Mama doznała zawału i szoku, że wysłuchana nie została. 

Rewelacyjnym przykładem może też być sposób w jaki kładziony jest spać Kacperro. 
Wcześniej było mocno na siłę. Kosztowało nas to wiele nerwów, wylewaliśmy siódme poty. A niekiedy kończyło się płaczem Mamy i łobuza. 
Pewnego dnia przeczytałam bloga Mamy bliźniaków i postanowiłam wprowadzić w życie jeden z jej przykładów. 
Nie chce spać, tooooo nieee! A co ja się będę użerać?! Położy się sam w tedy kiedy zechce, nic na siłę.
I podziałało! 
Po kąpieli szedł na dobranockę, czasami siedział dłużej ale zazwyczaj o 21/22 informował nas że należało by go już położyć. 
Oczywiście do czasu, aż P.Tata postanowił wrócić do starych zwyczajów. 
Rezultat;
-Ciągłe darcie malucha że spać nie chce, że chce, piciu, mleko, kuka, siku, baja, czytać!, itp, itd. 
- Nenek chodzi jak bomba...1...2...3..BUM!!

Wczoraj Mama z Wujem przypomnieli Tacie o starej zasadzie i proszę. Maluch chwile po histerii sam poszedł spać. A tacie sie gupio zrobiło, a co!! 

Babcie, Dziadkowie vs. Mama
Jezu, i z tymi jest jeszcze gorzej. 
Nie zapytają, wiedzą lepiej, wiecznie mądrzejsi, a w ogóle to Matka znęca się nad dzieckiem. 
Bo dziecko to dziecko. Musi psocić, rozrabiać, bałaganić, robić to co mu się żywnie podoba, nie słuchać się dorosłych, wykręcać numery, zjadać ciągle słodycze i nie jeść śniadania, obiadu, kolacji czy podwieczorku. A jak nie je to jest jeszcze gorzej, z tym że nie wolno Ci dziecka do jedzenia zmuszać.
Wiele takich paranoi i herezji, mądrzejsi od nas głoszą. 

Przykład:
Mama słodyczy nie daje. Za złe zachowanie mogę jedynie kare dać, ale na pewno nie coś słodkiego.
I taka sytuacja...
Kacperro wprowadził domowy całodniowy terror. Z wieczora pojawia się Teścio i ni z tego ni z owego wyciąga lizaka. Nie zapyta czy wolno, nie zapyta o zachowanie malucha. Pomijając wieczorną porę i że cukier na noc to, taaaaaak genialna sprawa. Daje mu. Mimo że krzyczę, mimo że piszczę i mówię stanowcze Nie!! Zostałam normalnie olana....potraktowana jak szczyl...Co tam Mama wie? Dziadzio musi rozpieszczać?!  
Myślałam że rzucę się do gardła i niczym wygłodniały wilk rozszarpie krtanie...

Przychodzi gość, wszytko jedno kto. Wie że idzie do domu gdzie są dzieci. I co pierwsze robi? Daje jakieś pieprzone cukierki, ciastka czy inne zabronione przez Mamę rzeczy. Luuuuudzie pytajcie się rodziców o zdanie!! Dziecko zobaczy że ów gość ma słodkość i wojna się rozpoczyna. 
- MAaaaammmaaa daj
- Nie
- Taaaaataaaa daj
- Nie
- LAAAATKE! CUKIERKA! ZELKKAA!!! DAJJJJ!!

I tak cały dzień, nic tylko daj.Bo ktoś wpadł na genialny pomysł. Dla czego nie kupicie owoców? Są do cholery tańsze!! I zdrowsze!! I nie odbija tak dziecku po nich jak po słodyczach. 
Dla czego nie pytacie o zdanie Rodziców?!
Idąc w gości do domu gdzie są dzieci, zaskocz i daj owoce, albo kolorowankę. Coś po czym dziecko nie dostanie szału a np. grzecznie się tym zajmie abo zdrowo będzie zajadać.

Szanujcie zdanie Rodzica, to On wie co dla jego dziecka jest najlepsze.

niedziela

Na Niedzielę w sam raz. Sesja małego artysty...

Dzisiaj relaksacyjnie, przyjemnie i o chwili dla nas. 

No więc, dzieci już śpią, dom błyszczy a pranie schnie. Niby późna godzina, ale Tobie jeszcze spać się  nie chce. Mąż jest obok, dobre jedzonko i winko (piwko).  A co powiecie na fajną komedie? 
Uwielbiam wieczorami usiąść z Nenkiem i obejrzeć dobry film. W sumie od tego zaczęła się znajomość, nasz rytuał i nasza codzienność. 

Wybrałam dla was, trzy super komedie. Tematyka wam znana. Rodzina, dzieci i ogólny bajzel. Zrozpaczona mama, walące się małżeństwo i tata wiecznie niezaspokojony.Wszędzie dzieci, kupy, siuśki i jedzenie. 
Przypadkowe ciąże, te chciane i nie chciane. Trochę łez ale i wiele śmiechu.

Na pierwszy rzut pójdzie " Jak Ona to robi?" 
  Obsada bardzo fajna, Sarah Jessica Parker, Pierce Brosnan, Kelsey Grammer. 
Film jest o kobiecie kochającej swoją pracę i stale odnoszącej w niej sukcesy.  Z czasem jednak dostrzega, że praca zabiera jej sporo czasu z życia rodzinnego. Omijają ją piękne chwile z synkiem. Romantyczne momenty z mężem przeważnie przesypia ze zmęczenia. Uparcie nie chce być przysłowiową kurą domową. Dwoi się i troi aby wyjść jakoś z tej sytuacji. Czy jej się udaje? Czy odnajdziecie w głównej bohaterce coś z siebie? Polecam. 
Lekka i przyjemna komedyjka. A co ważne, nakłania do przemyśleń.  



Jako drugi film wybrałam komedię w trakcie której płakałam ze śmiechu i ze wzruszenia. Piękna opowieść. 
Teksty też są mistrzowskie. Nenek śmiał się jak dziecko!! 
A mowa o " Baby Mama"  


Obsada dość ciekawa, głównie aktorzy serialowi.Tina Fey, Holland Taylor, Greg Kinnear. 
Film jest o zdesperowanej kobiecie, pracującej w wielkiej korporacji z marzeniem o dziecku. Problemem są faceci, ponieważ przez długi czas nie może znaleźć tego jedynego. W rodzinie praktycznie każda z kobiet posiada już brzdąca. Skoro jej partner nie chce się ujawnić, postanawia skorzystać z oferty agencji "surykatek".  Miedzy dwiema kobietami rodzi się nie tylko przyjaźń ale i niesamowita więź. 
Warto zobaczyć. Perypetie są nieprzeciętne. 

Trzeci film obejrzałam parę dni temu. Wywarł na mnie spore wrażenie. Myślałam że to jedna z tych kolejnych głupkowatych komedyjek. Jednak po tym filmie zaczęłam wiele rozmyślać i przemyślać. 
Tytuł; " Single od dziecka" 
Niesamowita opowieść o przyjaciołach, rodzinach i wielu przykrościach które spotykają zapracowane, przemęczone małżeństwa z dziećmi. 
Dwójka bardzo bliskich sobie przyjaciół (Jeniffer Westfeldt, Adam Scott) zapragnęli dziecka. Jej tykał zegar biologiczny a jemu pragnienie spełnienia marzenia.Nie chcą jednak być parą a już na pewno małżeństwem. Oboje są przerażeni tym co spotyka rodziców z dziećmi. Ale czy taki układ wypali?
Super, to jest mój hit na gorsze lub lepsze dni. 

Czasami takie filmy potrafią postawić na nogi. Jak ma się ciężki dzień a dziecko daje w kość, to fajnie obejrzeć coś takiego, gdzie wszystkie niepowodzenia które spotykają ciebie są przelane na duży ekran. 
 ............................................................................................................................................................... 

 A teraz z innej beczki. 
Mama dzisiaj zła, mama dzisiaj gryzie. Więc założyła kaganiec i zabrała dzieci do siostry.
Posiedziały, pogadały i pozałamywały ręce na ten Świat....
A w między czasie, ciocia zrobiła piękne zdjęcia...
Dzisiejszy dzień wyglądał tak:







Z pozdrowieniami dla Cioci, która była mega cierpliwa. Kacperro pozostawił po sobie dość duże burdelloo bum bumm.

piątek

Wyjść i nie zwariować???!!...

*
Tak sobie dzisiaj powspominam. 

Przypomniało mi się pierwsze wyjście z mężem, po porodzie KAcperra. 
Akurat trafiła się okazja, urodziny Nenkowego kolegi.
Wyzwanie zostało podjęte. Kacperek miał półtora miesiąca. 
I właśnie ten dzień zapamiętałam od początku do końca. Klatka po klatce - jak w filmie. 
I nie wiem, czy to było aż tak traumatyczne przeżycie dla mnie? Czy też może tak przyjemne?
Tak czy owak, w pamięci pozostało.

To był chłodny marzec. Mama wyszykowała się, wymalowała i ubrała jak na wybory miss świata. 
Z 50 razy patrzyłam w lustro przed wyjściem, aby upewnić się że wszytko jest zapięte na ostatni guzik. 
Późnym popołudniem przyszła moja Siostra, aby zająć się małym smrodkiem. Z lekka wystraszona malutkimi gabarytami Kacperra, ogarnęła organizację i podjęła się wyzwania. Z niepokojem powierzyłam jej skarb i zniknęliśmy z Tomasem za drzwiami.

Ze znajomymi spotkaliśmy się w umówionym miejscu. Jakieś 10min od domu. I zaczęło się...
Telefon sprawdzałam co raz. Smsa pisałam co 5min, dzwoniłam co godzinę.
Miałam nadzieje, że to wyjście będzie nieziemską zabawą, taki Kac Vegas, a okazało się Kac WaWa. 
I tak, jak tylko zamknęły się drzwi za nami, nasz mały synio postanowił zrobić prezent cioci, zapakowany w pampersa.
Jak dojechaliśmy ze znajomymi do klubu, nerwowo szukałam telefonu aby dowiedzieć się czy Siostra daje sobie radę. I oczywiście dawała sobie znakomicie, to tylko mama nie dawała sobie rady ze świadomością opuszczenia dziecka, na rzecz dobrej zabawy. 
W klubie okazało się, że już zapomniałam jaki tam panuje klimat. Ciemno, śmierdzi fajkami, denna muzyka i wieeeele ludzi. A do tego alkohol okazał się równie dużą klapą. I w głowie ciągłe...hymmm..co z moim synkiem???...Psuć mężowi zabawę i wracać do domu? Czy zostać jeszcze chwilkę i odreagować? 
Co tu robić, co tu robić? O telefon....żadnej informacji....może coś się stało? MOŻE COŚ SIĘ DZIEJE!? 
Patrze na Nenka i wiem, że nie mogę przerwać mu zabawy wśród znajomych, których tak dawno nie widział. Rozglądam się, widzę piękne kobiety, szczęśliwe, śmiejące się. Wszyscy dobrze się bawią a ja szaleje wewnętrznie i chcę wracać do domu!! Do dziecka!!
To oznaczało jedno, młodzieńcze życie skończyło się z dniem 24.02.2011. Nie potrafię się już dobrze bawić, nie sprawia mi to przyjemności. Chce siedzieć w domu z dzieckiem, z rodziną. 

Podobnie było jak wysłaliśmy malucha do żłobka. Mama poszła do pracy, tata też. 
Kiedy, pierwszego dnia zaprowadziłam malucha na zajęcia, myślałam że z szoku doznam zawału.
Puścił moją rękę i pobiegł do dzieci, nawet się nie obejrzał, nawet nie zapłakał.....nawet nie zatęsknił.
Serce się matce kraja na taki widok i zachowanie. 
Poszłam do domu. Sprzątałam, gotowałam i poprałam. Wszystko zrobione średnio w dwie godziny. Do pracy na 16 a tu dopiero 10. Co robić? Jest tak cicho, tak spokojnie. Spróbowałam zasnąć, odespać półtora roczne co pół godzinne wstawanie. Aleeeee się nie dało!! Może jakiś serial i gorąca kawa? Nic z tego. Głowa pełna myśli. Co z moim KAcperro. Czy zjadł? Czy spał? Mało nie oszalałam...

I tak źle, i tak nie dobrze. Co z nami Matkami jest nie tak? Z jednej strony, chciałybyśmy czasami odpocząć od tych rozwrzeszczanych bachorków a z drugiej, nie umiemy zorganizować sobie czasu bez nich. 

W kinie filmu obejrzeć się nie da, bo na telefon co 15min patrzymy. W pracy średnio skupione bo o dziecku myślimy. Na imprezie zabawa okazuje się do bani, bo co to za zabawa bez rodziny? 
Czy jeszcze się da wyjść samej? Odpocząć, ale tak naprawdę odpocząć? Nie wariować? A może my już jesteśmy wariatkami?  Jak wyjść i nie zwariować?!!

(...)Jed­nym z wa­runków ludzkiej wol­ności jest czas.
Mądrze go wy­korzys­tując uczy­my się wolności.
Tak wygląda nasza wol­ność, jak wygląda nasz czas.
Przy­naj­mniej po części... (...)

niedziela

cukier, lukier i brokacik -moje słodkie macierzyństwo. Super Tata - bo pochwała musi być!!

Są takie dni, kiedy masz wszystkiego dosyć. Chcesz wyjść i trzasnąć drzwiami, uciec jak najdalej i nie patrzeć za siebie. 
Są takie dni...są takie chwile...są...
Są, ale mijają, mijają dość szybko, bo jednak patrzysz za siebie i widzisz rodzinę.
Dwie malutkie buziuchny uśmiechające się do Ciebie każdego dnia i jedną dużą buzię, przepełniona miłością do Ciebie.
I właśnie dla tego zostałam Matką, żoną i opiekunką domowego ogniska.
To jest napęd na cały dzień i to daje napędu na kolejne dni.

Mimo tych złostek które zdarza mi się tu wylewać na dzieci i męża, są takie chwile, dni i momenty, kiedy chcę wykrzyczeć społeczeństwu, jak bardzo kocham moją rodzinę.

Ubustwiam zaczynać nowy dzień.
Kiedy otwieram oczy, widzę łóżeczko Bułeczki, ale nie tylko to. Widzę uśmiech od ucha do ucha na pyzato-okrągłej buzi, wyglądający zza szczebelków łóżeczka, i świergoczący śmiech słyszę, niczym skowronek który cupną aby ogłosić nastanie nowego dnia. 
Wstaje i sięgam po to 7kg szczęścia, po czym rozpoczyna śmieszne kicanie pupki po kołderce. Uwielbiam rozpoczynać tak dzień. Patrze na Bułeczkę a już z góry słychać głośny tupot małych stópek, potem blond czuprynkę widać podskakującą nad łóżeczkiem, i niczym lew rzuca się na łoże rodziców. 
Po śmichach i chichach śmigam podawać śniadanie.Kacperro pomaga nakrywać do stołu i chować brudne naczynia do zmywarki. Bardzo lubię te chwile, gdzie wszytko jest wystawione i każdy zajada ze smakiem swoje śniadaniowe smakołyki. Chwila relaksu, sprzątania i oglądania bajek. Wesołe śmiechy i zabawa przy porozrzucanych po całym domu zabawkach. Ratowanie kotów i ich misek z objęć Bułeczki. Wyciąganie z wanny mokrego nurkującego Kacperra i układanie do drzemki jednego i drugiego. 
Patrzenie na ewoluującego malucha, nie ważne czy na KAcperra czy Bułeczkę, ważne że się rozwija. I to nadaje sens memu życiu. Taki krok do przodu u dziecka to ogrom mojej radości i krok do przodu mojej ambicji.
Pomaganie mamie przy obiedzie, też jest fajne. Branie ściereczki do rączki i udawanie spryskiwacza, to jest super fajne. 
Umazane buziaczki w chrupkach kukurydzianych,  super widok. 
Pełne brzuszki, wspólna zabawa i spędzany razem czas - to są chwile dla których warto żyć. 
Wieczorny film połączony z masażem, lub kieliszkiem dobrego wina w akompaniamencie pięknie pachnących świec - momenty niezapomniane, utrwalone. 
Najedzony duży brzuch i mimo swej pełności chce więcej jedzonka, wtedy wiem że spełniam się jako żona. 
Dom pachnący środkami czystości i świeżym praniem, daje mi osobistą radość. Biegające i zabawiające się wzajemne zwierzaki, napawają mnie swoją radością.
W tych chwilach wiem, że mimo przeciwnościom losu warto być Mamą, żoną, niezastąpioną osobą dla tej trójki. 

.................................................................................................................................................................
Nadszedł taki czas, kiedy muszę pochwalić swego oto męża. A skoro mam bloga i w sumie mam czytelników, to mogę się jego poczynaniami pochwalić publicznie, bo jestem z niego bardzo dumna!!!

Cisza w domu, cisza wszędzie, naglę huk! I przekleństwa!Trochę szumu i łomotu. 
Tak, to pracujący w domu mąż. To mąż starający się o szczęście żony i domu. 
Mamy super odkurzacz. Odkurzacz na wypasie, kupiła kochana Teściowa. Uważam że odkurzacz i mop to są dwa odwiecznie niezbędne przy dzieciach urządzenia. 
I tak, po niepotrzebnie wydanych( swego już czasu)pieniążkach na pranie dywanu i narożnika, wściekłam się i kwestią prób i błędów postanowiliśmy użyć odkurzacza na wypasie z funkcją prania!! A co!!
Udało się, super tata doszedł do tego jak owe urządzenie ma spełniać swoją funkcję. Rozłożył na części pierwsze narożnik, wyczyścił to i owo i wyprał co miał wyprać. Wszystko lśni, pachnie i błyszczy!! Aż miło popatrzeć. Super tata, teraz chodzi dumny z siebie jak paw. Znalazł czas i wykonał swój obowiązek domowy. Teraz obowiązkiem prawie super Mamy jest wynagrodzić tacie ten trud dnia dzisiejszego. Więc chwale się! Mam super męża i nie, nie on to pisze tylko ja. A co!! Po czym narożnik łupną pod naszym ciężarem....
Ps. Wyprana kanapa została poczęstowana słodką, lepką czekoladką przez Kacperra....

Przypominam o trwającym konkursie z fajną nagrodą. Do zwycięzców pofrunie bransoletka własnego projektu dla dużej lub małej Panienki.Do konkursu...tu....
Jakże wielką ra­dość ma mat­ka, kiedy widzi pier­wszy uśmiech swo­jego dziec­ka. Taką samą ra­dość od­czu­wa zaw­sze Bóg, kiedy widzi z wy­sokości nieba grzeszni­ka, który zaczy­na mod­lić się do niego całym serem...

środa

Waga przeciw wadze...

 *
Tak jak pisałam w kąciku kulinarnym (tu), moją drugą pasją jest gotowanie.
Uwielbiam książki kucharskie, programy kulinarne i ogólne przebywanie w kuchni. Moje dalsze marzenia są związane z kuchnią, gotowaniem i pieczeniem. Jest wielu mistrzów kulinarnych, piekarzy i cukierników, których bardzo sobie cenie. Od światowych sław po zwykłych ludzi z pasją.

W mediach, szkołach, przedszkolach i w rozmowach między sobą wrze już od tematu przekarmionych dzieci i otyłości, ogólnie panującej w naszym społeczeństwie. Ponoć jesteśmy już na pierwszym miejscu. To pocieszające, że jednak w czymś jesteśmy tak dobrzy, że przebijamy wszystkie inne państwa, ale szczerze mówiąc, jednak wolałabym aby to była piłka nożna, no ale z tym wiadomo jak jest. 

Dlaczego łącze te dwa tematy ze sobą? Moją pasje i otyłość? 
Przypomniał mi się jeden z moich kulinarnych faworytów. Dzielnie walczył przeciwko złemu odżywianiu się przez dzieci Również walkę rozpoczął ze szkolnymi stołówkami i barami, jak i z samymi sprawcami otyłości u dzieci, czyli rodzicami. 
Miejsce Anglia, a mowa o Jamie Olivier. 
Kim jest Jamie? Biografia książkowa jest tu, ale ja powiem kilka słów własnych o nim. 
Jest to 38letni Brytyjczyk. Z zawodu kucharz i właściciel kilku restauracji. Promuje ekologiczne składniki i zdrową kuchnie. Kochający ojciec i mąż. Uwielbia zdjęcia i przypominać każdemu że jest dyslektykiem. Prowadzi bardzo dużo programów kulinarnych. Osobiście ubóstwiam każdy. W gotowanie wkłada "całego siebie", niemal przez telewizję można poczuć smak i zapach przyrządzanych potraw. 
Więc, oto ten przystojniak rozpętał wojnę ze stołówkowym żarciem szkolnym. Przerażała go ilość otyłych dzieci w Anglii i brak sprawności fizycznej u maluchów. Okazało się to jego największym wyzwaniem w życiu. "Jamie w szkolnej stołówce" był  przełomowym programem, który zwrócił uwagę Brytyjczyków na konieczność zmiany przyzwyczajeń żywieniowych dzieci. Oliver wydał walkę źle skomponowanym obiadom szkolnym, które mogą prowadzić do otyłości, a także niewłaściwym zachowaniom przy stole i szkodliwym nawykom, jak błyskawiczne pochłanianie tego, co ma się na talerzu. Z przerażeniem stwierdził, że większość angielskich dzieci nie ma pojęcia jak wyglądają nawet najprostsze warzywa. Jamie postanowił też walczyć ze "śmieciowym jedzeniem" - w jednej ze szkół na przykład uczniowie zjadają tygodniowo ćwierć tony frytek... Sympatyczny i popularny szef kuchni wywrócił kulinarne zwyczaje do góry nogami, postanowił przeszkolić panie przygotowujące szkolne posiłki i zmusić rząd do przyjęcia specjalnego programu. Udowodnił, że odpowiednie żywienie dzieci pomoże w przyszłości zaoszczędzić mnóstwo pieniędzy, wydawanych m.in. na walkę ze skutkami otyłości.
Program ten ukazał również niewiedzę rodziców. W szybki i sprytny sposób chcieli nakarmić dzieci "śmieciowym jedzeniem", rodzice z braku czasu i chęci kupowali fast-foody i gotowe dania ociekające tłuszczem, chemią i innymi podejrzanymi składnikami. Rodzice nie zdawali, bądź nie chcieli zdawać sobie z tego sprawy, jak bardzo szkodzą dzieciom. Lekarze załamywali ręce, Jamie również. Skąd dziecko ma wiedzieć co to jest bakłażan jak w domu nigdy tego nie było. Warzywa były tylko w książkach, na obrazkach ale nigdy w domu. 
Program pokazał mi, że głównymi winowajcami tego stanu u dzieci są dorośli! Ich rodzice, dziadkowie, najbliżsi. 
Jednak, jak bardzo w tym różni się Polska od Anglii? A no mianowicie wcale a wcale. 
Moje spostrzeżenia są oparte latami doświadczeń. Pracowałam jako kelnerka w niejednym miejscu i wiele widziałam. Między innymi mamy, babcie, taty i dziadkowie, średnio dwa razy w tygodniu na pizzy, smażonym kurczaku, tłustym żarciu ogółem mówiąc. Robiąc zakupy w jednym z dużych sklepów, byłam świadkiem czegoś dla mnie przerażającego. Nie wiedziałam czy mam się śmiać, czy płakać? 
Tata z synem chodzą od półki do półki a Mama z koszykiem zasuwa po sklepie,  maluch nagle zatrzymał się przy brokułach i z krzykiem pyta:
 -TTTTAaaatooooo! A co to jest?
- To synku? To jest....widzisz...no nie wiem, zapytaj mamy, pewnie wie. 
- Maaammmmoooo! A co to jest! To zielone to...
- Kochanie to jest brokuł
- Taaatttoooo, a co to jest brokuł i co się z tym robi?
-Nie wiem, Mama wie. 
 
Serio? No całkiem serio...Ja zamarłam. Właśnie tak wygląda nasze młode społeczeństwo. Mały kochany pączek, który wie co to chipsy, fryty, Mc Donafld, Burdelking,  Cooopcacoola, itp. Ale nie ma pojęcia co to bakłażan, brokuł lub dynia. Wiele zależy od dorosłych, od rodziców i od miejsca gdzie przebywa nasze dziecko. Tak wiele od nas zależy.  To my musimy pokazać dziecku co jest zdrowe a co mu szkodzi. Jakie konsekwencje ponosi jedząc przeróżne świństewka, a co się dzieje w brzuszku jak zje coś zdrowego. Jeżeli do jadłospisu nie wprowadzimy zdrowych nawyków to skąd dziecko ma wiedzieć że coś jest dobre? 
 
 
Do dzieci w kuchni musiałam się przyzwyczaić. Moja mama robiła błąd. Jak tylko zaczynała gotować, to nikt nie miał prawa wejść do kuchni. Wszystkiego musiałam się uczyć sama. Ja zaciskam ząbki i chcę czerpać radość z tego że maluch chce zobaczyć co mama w garach robi, a to gdzieś pomieszać a to wody dolać bo za mało mama wlała. Coś przyprawić bardziej a coś schować.  Bierze krzesełko i czuwa nad moimi poczynaniami. Uczy się, patrzy i zapamiętuje.Mama tłumaczy i mówi co należy robić i w jakiej kolejności. I to jest ważne, a nóż w przyszłości zapamięta coś  i powie: - O to jest smaczne, robiłem tak z mamą!
Warzywa i owoce można podawać w bardzo wesołych formach. Jeżeli maluszek nie chce zjeść warzyw, to trzeba ruszyć fantazją i podać w innej formie. Kacperrro nie przepadał za warzywkami leżącymi od tak na talerzyku, to mama tartę zrobiła, i co? I zjada aż mu się uszy trzęsą. 
Pamiętajcie, to jak wasze dziecko wygląda i co je to zależy tylko od was. Od tego jakie nawyki z domu wyniesie!!. Amen..

Na straganie w dzień targowy
Takie słyszy się rozmowy:

"Może pan się o mnie oprze,
Pan tak więdnie, panie koprze."

"Cóż się dziwić, mój szczypiorku,
Leżę tutaj już od wtorku!"

Rzecze na to kalarepka:
"Spójrz na rzepę - ta jest krzepka!"

Groch po brzuszku rzepę klepie:
"Jak tam, rzepo? Coraz lepiej?"

"Dzięki, dzięki, panie grochu,
Jakoś żyje się po trochu.

Lecz pietruszka - z tą jest gorzej:
Blada, chuda, spać nie może."

"A to feler" -
Westchnął seler.

Burak stroni od cebuli,
A cebula doń się czuli:

"Mój Buraku, mój czerwony,
Czybyś nie chciał takiej żony?"

Burak tylko nos zatyka:
"Niech no pani prędzej zmyka,

Ja chcę żonę mieć buraczą,
Bo przy pani wszyscy płaczą."

"A to feler" -
Westchnął seler.

Naraz słychać głos fasoli:
"Gdzie się pani tu gramoli?!"

"Nie bądź dla mnie taka wielka" -
Odpowiada jej brukselka.

"Widzieliście, jaka krewka!" -
Zaperzyła się marchewka.

"Niech rozsądzi nas kapusta!"
"Co, kapusta?! Głowa pusta?!"

A kapusta rzecze smutnie:
"Moi drodzy, po co kłótnie,

Po co wasze swary głupie,
Wnet i tak zginiemy w zupie!"

"A to feler" -
Westchnął seler.

niedziela

Być kobietą...być matką...wizytówką

Kibić miała wysmukłą, kształtną, pierś powabną,
Suknię materyjalną, różową, jedwabną,
Gors wycięty, kołnierzyk z koronek, rękawki
Krótkie, w ręku kręciła wachlarz dla zabawki
(Bo nie było gorąca); wachlarz pozłocisty
Powiewając rozlewał deszcz iskier rzęsisty.
Głowa do włosów, włosy pozwijane w kręgi,
W pukle, i przeplatane różowymi wstęgi,
Pośród nich brylant, niby zakryty od oczu,
Świecił się jako gwiazda w komety warkoczu,
Słowem, ubiór galowy.

Ledwie spojrzał w rumiane Telimeny lice,
Odkrył od razu wielką, straszną tajemnicę!
Przebóg! naróżowana! (…)
Nuż oczy Tadeusza, jako chytre szpiegi,
Odkrywszy jedną zdradę, poczną w kolej zwiedzać
Resztę wdzięków i wszędzie jakiś fałsz wyśledzać:
Dwóch zębów braknie w ustach; na czole, na skroni
Zmarszczki; tysiące zmarszczków pod brodą się chroni!  
 *
Przygotowuję śniadanie,piję kawę, karmię Bułkę, ugryzę kanapkę, karmie Kacpra, daje zwierzakom jedzenie, kładę Ale na drzemkę, latam za Kacprem, idę do łazienki- uczłowieczyć się, sprzątam po śniadaniu,użeram się ze zmywarką i naczyniami, bawię się z dziećmi, coś zjadamy, sprzątam, robię obiad, kładę Ale, zajmuję się Kacperrem, jemy obiad, rozwieszam i robię pranie,pogadam przez telefon, sprzątam, bawię się z dziećmi, coś tam ciapnę,zbieram zabawki i odkładam je na miejsce, układam dzieci do snu,czytam baje, sprzątam, piję coś ciepłego w końcu, oglądamy film i idę spać...

Z dnia na dzień, albo czegoś przybywa, albo ubywa. Na pewno w tym wszystkim brak ładu i składu. A już na pewno odbija się to w pewien sposób na mnie. Na moim wyglądzie, stylu bycia i samopoczuciu. 
Zatrzymam się przy wyglądzie.
 Nasz numer jeden. Nasz czuły punkt.
Nie wiesz jak kobietę zranić? Dowal jej, że wygląda jak czupiradło albo przestała dbać o siebie. Gwarantuje Ci, że zawalisz jej świat. Ba, nawet jakaś łza się pojawi.
Wygląd dla nas kobiet jest bardzo ważny. Pierwszy szok jaki przeżyłam, związany z moim wyglądem, to było po porodzie Kacpra. Nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo schudłam. Innym Paniom brzuch zostawał, a ja miałam "lej po bombie".  Poszłam do łazienki i ciekawość wzięła w górę. Zobaczyłam jak wygląda nacięcie. Załamałam się. Kiedyś nieskazitelne miejsce, niemal perfekcyjne, wygląda jak szynka. 
Szew na szwie. Nici dyndające z opuchniętego kawałka mięsa. Horror. Długo dochodziłam do siebie. Co nie wzięłam lusterka aby się tam zobaczyć, zawsze się kończyło morzem łez i załamaniem nerwowym.
Drugi taki szok przyszedł z drugą ciążą. Musiałam szybko przytyć, i szybko przytyłam ponad 10kg. Źle się z tym czułam. Okropnie wręcz. Po porodzie brzuszka nie miałam, ale więcej ciała zostało. 
Myślałam że podczas karmienia piersią jakoś się tego pozbędę. I siuup, mleko zanikło, a tłuszcz nie. 
Do tego jeszcze mąż, patrzący na Ciebie...ehh
Albo zdjęcia z młodości, ogólnie wszytko w koło dokopuje do tego dołka emocjonalnego.
 - Kochanie zaniedbujesz się!.
 - Powinnaś poćwiczyć...
 - Boczki, boczki i jeszcze raz boczki...
A na domiar tego zakładasz spodnie, które parę miesięcy temu z Ciebie zlatywały i naglę,  jebut, guzik ląduje na drugim końcu pokoju.
Twój plan dnia wygląda właśnie tak jak ten powyżej. Dorzuć jeszcze ćwiczenia, bieganie, jedzenie sześciu posiłków dziennie...Czyli doba w tedy ma wyglądać tak ; 26/24h?
Po tym jak zanikło mi mleko z Alicją, postanowiłam poćwiczyć i przejść na dietę. Mogłam sobie pozwolić na to. Kacperro jeszcze miewał drzemki, a Ala spała całymi dniami. W ten sposób w miesiąc zrzuciłam 5kg, nabrałam wcięcia w tali i miałam zarysowane mięśnie brzucha. Mąż zachwycony efektami, ja chcę więcej...
I w tedy zaczął mi się miesiąc wariacji szpitalnych. I wszystko poszło w,,,,no wiadomo. 
Tłuste żarcie, słodycze, chipsy, piwko, to było na porządku dziennym. Aż Tomas zaczął od nowa śpiewkę. I co mnie wprowadziło w szok numer trzy!!:
- Zjadł bym coś zdrowego...
Zatkało mnie, mój mąż, wielbiciel tłuszczu w każdej postaci, walną takim tekstem. 
Do tego na nowo dołożył dogryzanie mi, ale nie tylko on. Patrze na siebie w lustrzę i widzę...masakra....co za wstyd! 
Dziecko ma być dumne z mamy! Mama ma być przykładem, ma być perfekcyjna w każdym calu. 
Widzę tylko zombie. Spięte włosy, blado -zielonkawa cera, siniak na siniaku, obśliniona bluzka i leginsy w których tyłek wygląda jak dupa Kim Kardashian. 
I dla czego tak jest? Dla czego patrzę na własną porażkę?
Brak czasu...brak chęci, czy czyste lenistwo? Nie wiem, naprawdę nie wiem.
A można tak to tłumaczę tylko? 
Coraz częściej zaczęłam się zakrywać, coraz bardziej zaczynam się dusić we własnym ciele. Nie lubię kiedy Nenek na mnie patrzy, boje się tego co zobaczy. Nie wyglądam jak te Panie z telewizji, czy modelki z gazet. Moim marzeniem jest mieć rozmiar 38/36.  Wydaje mi się, że jego też. Tego właśnie oczekiwał. Perfekcyjnej żony, matki swoich dzieci. Wizytówki, którą mógłby się pochwalić przed znajomymi. Wydaje mi się że zawodzę na każdej linii. Czasami brak mi sił i nie wiem jak znajdę czas na wszytko. Ale siła wyższa!! Pora wziąć się w garść!! Pora ruszyć tyłek do ćwiczeń a niezdrowe żarcie zastąpić kolorowymi owocami i zbożami!  Pora lepiej się poczuć we własnej skórze i spowodować zadowolenie, dumę i uśmiech na twarzy bliskich mi osób. 
I tak właśnie postanowiłam, do tego grafiku dnia dorzucić jakoś spotkania z Panią Chodakowską, dietę i bieganie. 
Chcę aby wszyscy byli zadowoleni.Chcę spojrzeć w lustro i poczuć dumę z tego że mogę wyglądać młodo i fajnie a nie staro i ...i staro...Nie chce się chować za golfem.
Dla czego nie możemy czuć się dobrze we własnej skórze? Dla czego nie możemy my i wszyscy w koło zaakceptować tego jak wyglądamy? Dla czego jest taki nacisk na kobiece piękno? 
Lubie ładnie i schludnie wyglądać. Chyba jak każda z nas. Ale najfajniej wyglądamy z pewnością siebie. Jak czujesz się seksi to jesteś seksi. Czujesz się super i że możesz góry przenosić to właśnie to robisz. Ale jak przejdzie młoda "szkapa", metr 80, długie nogi, szpile podkreślające jej perfekcyjne kostki i chudziutkie nóżki, cyc do przodu a kaskada włosów blond opada na perfekcyjną talię. Naglę faceci nie wiedzą gdzie są. Wzrok ich skierowany jest na konia wyścigowego a ten koń przeznaczony na ciężkie gabaryty chowa się gdzieś w kopalni i boi się wyjść na przeciw. 
Świat jest niesprawiedliwy. Mężowie odchodzą od żon do tym piękniejszych i młodszych. Bo nie są zmęczone życiem codziennym. Bo życie tych piękniejszych to tylko praca, siłownia i zakupy.  
Najbardziej rozwala mnie facetów tekst roku!!: 
- Po co się malujesz? Przecież tak ładnie wyglądasz bez makijażu.
A kiedy masz na sobie litry tapety, z mocną pomadka na ustach i modlisz się aby pogoda za oknem nie była za ciepła i nie za mokra, to naglę facet mówi:
- Boże, jak ty ładnie wyglądasz. 
Co jest kurde!!! Z makijażem, boże pięknie a bez po prostu ładnie. Nie rozumiem tego. 
Śmieszy mnie też stwierdzenie że kobieta maluje się dla siebie a nie po to żeby się podobać. 
Jasne, a facet kupuję ferrari bo lubi szybką jazdę.
Staram się o siebie dbać, ale mogę bardziej, tylko wystarczy chcieć i mieć dobrą motywację.
A jak jest z wami? Jak czujecie się same ze sobą? Wolicie zgaszone światła i pantalony, czy bardziej pełno świec i stringi?

środa

Jest but- jest władza...Pitu, pitu o szkole, przedszkolu i żłobku od świtu do zmierzchu...

 *
- Idę sobie, wieczór, gwiazdy błoga cisza. A tu tuk tuk tuk tuk....jak by szła po kapslach jakiś, kapiszonach a w głowie mi eksploduje. Drobni, jak stonoga jakaś, to idzie metr na godzinę. Ani iść szybciej.
Bo co to za spacer? Jak Cię ściga jakieś, tuk, tuk tuk, francowate. Niby są lżejsze od nas, a nas nie słychać przecież. One walą jak konie jakieś...
-garbuski...
-PERSZERONY jakieś.
Dobrze że faceci na płaskim chodzą. Bo to by można palmy dostać, jak by tak cała ludność łomotała.
-Ale ja widziałem babę na płaskim i też stukała...
-Bo One już tak mają, to ich charakter, natura taka bardziej niż te szpile.
 (frag. z filmu "Baby są jakieś inne"...)
*
Pamiętacie te czasy, kiedy miałyście po 9, może 10 lat? 
A pamiętacie swoje pierwsze, piękne, stukające pantofelki lub buciki na obcasiku?
Pierwsza komunia, chrzciny lub jakieś wydarzenie rodzinne. Zawsze w tedy wyglądałyście jak aniołki, piękne, świeże, wypucowane do ostatniego guziczka.
A nie czułyście się jak "dorosłe"? Czy ten charakterystyczny dźwięk bucika nie dodawał wam pewności siebie, skrzydełek? 
A która z was przemyciła buciki na plac zabaw? Zapewne nie jedna. I przypomnijcie sobie, co się w tedy działo w "waszej grupie"? W tej gromadzie dziewczynek i kilku chłopców. 
Nagle nasza postawa uległa zmianie. Wyprostowane plecki, pierś do przodu i pewny siebie, zdecydowany krok w przód z cudnym dźwiękiem..tup..tup..tup. Dodawał nam władzy. Wszystkie dziewczynki zazdrościły nam tych bucików, stawałyśmy się przywódczyniami "stada". Każdy słuchał tej której bucik głośniej stukał. 
Mogłyśmy wszystko...bo kto miał stukający pantofelek, ten miał władzę. 
Z roku na rok bucik zmieniał swą postać,raz to jest trzewiczek,a raz balerinka, pantofelek, kozaczek, szpilka, a teraz hellsy.
Te wspaniałe chwile z mojej młodości przypomniał mi ostatnio Kacperro. Ni z tego, ni z owego, wparował do salonu krzycząc:
-Maaaamaaaa! Załóż! Załóż nooo! Bucik!
- KAcperku a jak się ładnie mówi?
- Ploooosieee bucik! Załóż nooo!
 Mama założyła, i co zobaczyła? Kacperek wyprostowany i pewną siebie, twardą nóżką robi kroki przed siebie, słychać lekkie tup, tup, tup. Naglę przeobraził się w mężczyznę. Pewnego siebie faceta, z celem w życiu. Idzie mówiąc do siebie:
-EEEe łóźko psetawimy tu, a szafecke tu,,,hymhymmm
I tak dobre 30min. Ale miałam ubaw.
Tylko, co to dla takiego malucha mogło oznaczać? Czy to że mu buciki stukają, przypadkiem nie oznacza władzę w domu? Rząd nad Mamusią i Tatusiem? Masz bucik, masz władzę?

Ostatnimi czasy, mam problem. Muszę przyznać że sobie nie radzę. Wychowanie takiego szkraba zaczęło mnie przerastać. I wiem, że mogę być zmęczona i to chwila słabości, ale zaczyna mi się Świat walić. 
Mały rozrabiaka daje za dwóch. Może to zazdrość o Bułeczkę? A może po prostu jego charakterek? Wiem, że bywa naprawdę ciężko. 
Wszystko jest na jedno, wielkie i stanowcze, może dodam że i głośne, NIE! 
Nie ważne co Mama powie i nie ważne co Nenek mówi. O co prosimy, każemy, krzyczymy...
Czasami załamuje się ja, a czasami już z Tomasem sił do tego wszystkiego nie mamy. Moja nadzieja, na dobre wychowanie małego skubańca prysła jak bańka mydlana. I zostawiła brzydkie plamy na świeżo wypastowanej podłodze.
 I wczoraj wpadłam na pomysł. Stwierdziłam że skoro groźbą i prośbą nie da rady to po prostu, wrzucić na luz. 
Skoro Kacperek nie chce iść spać o wyznaczonych godzinach, to pójdzie spać w tedy kiedy zechce. Jeżeli nie chce jeść w porze obiadowej i nie zje w tym czasie swojej porcyjki to albo zje później, albo w cale. Chce krzyczeć, to niech krzyczy, chce się drzeć lub rzucać o podłogę, no to śmiało.
Mam nadzieje że się nie poddałam, i że nie brzmi to właśnie w ten sposób. Mam jeszcze plan B. Może analiza psychologiczna? Mama, Tata i Kacpero? Czasami mam ochotę uciec z krzykiem, ale wiem że to moje dziecko, kocham je i obiecywałam sobie, Bogu i społeczeństwu że wychowam je najlepiej jak będę umiała. Brak mi sił, ale nadejdzie moment że stanę na nogi z podwojoną siłą, lub pomysłem, tak czy siak z jednym albo drugim, a może jednym i drugim? 
A może wy macie jakiś pomysł? 
                                    *
W tytule jest jeszcze drugi człon. Pitu, pitu o szkole, przedszkolu i żłobku od świtu do zmierzchu.
Wybaczcie mamusie dzieciaczków zaczynających rok szkolny, ale kurde ile można o tym gadać? 
Zaczęło się dwa tygodnie przed zakończeniem wakacji i nadal trwa. I tak, mówię to przez zazdrość, zwykłą, ludzką zazdrość. Bo ja osobiście chciałabym aby mój szkrab poszedł już do przedszkola. Chciałabym te 5minut świętego spokoju i wiem...wiem że zaraz za nim zatęsknię, ale wiem też, że będę mogła odsapnąć. Siedzę z maluchami 25 godzin na 24. Kocham je ponad wszystko, ale marzy mi się ten dzień, kiedy wstanę o 6, podam śniadanko i zaprowadzę do placówki edukacyjnej każdego z osobna. 
Ale oszaleć można kiedy włączam telewizję a tam o szkole, przedszkolu, spanikowanych mamusiach które pierwszy raz zaprowadzają dziecko do szkoły. W gazetach, radiu to samo. I nawet kiedy jestem w sklepie. Z lodówki mi zaraz pudełko śniadaniowe ze spongebobem wyskoczy!!!!
Proszę, zrozumcie. Są też Mamy i Tatusiowie, którzy mają dzieci młodsze od wieku szkolnego. Posłuchalibyśmy o czymś innym, dla odmiany.A nie o tym jaki plecak, ubranko czy inna cholera. 
Zapewne jak już będę w tym czasie szkolnym, co i wy, to będę zachowywała się podobnie, ale teraz to ja zazdroszczę...ZAZDROSZCZĘ I NIE CHCE JUŻ SŁUCHAĆ O TYM!!. 
Pozdrawiam, całuję i udanego roku szkolnego mamom i ich pociechom życzę ;P 
{...}
We don't need no education.
We don't need no thought control.
No dark sarcasm in the classroom.
Teacher, leave them, kids, alone.
Hey, Teacher, leave them, kids, alone!
All in all it's just another brick in the wall.
All in all you're just another brick in the wall.

We don't need no education.
We don't need no thought control.
No dark sarcasm in the classroom.
Teachers, leave them, kids, alone.
Hey, Teacher, leave us, kids, alone!
All in all you're just another brick in the wall.
All in all you're just another brick in the wall.

niedziela

Idzie raczek nieboraczek...Progres vs. Regres - rodzeństwo.

*
Raczkowanie - zaczyna się około 9m życia, ale że każde dziecko jest indywidualistą to może się okazać, że maluch raczkuje wcześniej albo później. Polega ono na wykonywaniu tzw. ruchów naprzemiennych (prawa rączka - lewa nóżka i na odwrót), które wzmacniają kręgosłup i mięśnie całego ciała.Ten sposób przemieszczenia się stanowi również świetny trening dla mózgu malucha. Ponadto raczkujący maluch uczy się również orientacji w terenie, zaczyna prawidłowo oceniać odległość i ćwiczy zmysł równowagi. Dlatego zachęcaj do raczkowania, ale nigdy nie zmuszaj...


  
                                            Powyższy tekst o raczkowaniu jest typowo książkowy, ja mam własny. Chyba jak każda Mama, tworzę własny słownik.Więc, co chodzenie na czworaka w wykonaniu Bułeczki oznacza dla mnie? A mianowicie, jest to nienaumyślna, ciągła i podkreślam słowo ciągła, próba samobójcza.  Sprawdzanie jak się spada z łóżka, kanapy, czy też innych powierzchni wyższych od podłoża. Obijanie o wszystkie meble swojej kochanej główki i łapanie do rączek wszystkiego co obecnie znajduje się na podłodze: but, pies, kot, zabawka, lub jakaś ciekawie wyglądająca plama na dywanie. Zdzieranie, rajstopek, spodenek, geterek, kolanek i rączek. Jest to niskopodłogowe zium, zium... Co oznacza zium, zium?
 Mama kładzie dziecko na kocyk, który znajduje się na dywanie i kiedy tylko się odwróci to dziecko znajduje się pod kredensem, lub innym meblem, pięć metrów dalej. Jak rozpoznać gdzie znajduje się ów Bąbel? Idąc śladami śliny, które pozostawia na podłodze niczym ślimaczek na trawie. 
Jest to czas kiedy Mama doznaje zawału średnio od 2 do 3 razy w ciągu dnia. Ale przy tym bardzo się raduje, że dzieciątko dorasta i zdrowo się rozwija.

Mąż ostatnio powiedział, że zachowuję się jak typowa matka trzymająca swoje dziecko pod kloszem.
Wywnioskował to po tym, jak zaczęłam krzyczeć aby zabrał Bułkę z parkietu na dywan. 
Bo się dziecko poobija! 
Czyli jestem nadopiekuńcza? Mam manię obrony własnego dziecka przed złem tego świata, bądź twardej podłogi? No cóż. końcem końców została tam gdzie tata kazał.

Tylko patrzeć aż Bułeczka zacznie biegać, a mama będzie sobie wyrywała włosy z głowy bo nie nadąży ani za nią, ani za Kacperro. Oczywiście jako dziecko rodziców w gorącej wodzie kąpanych, już jej się powoli przemieszczanie na kolankach przestaje podobać. Alutka zaczyna opierać się o wszystko co może chwycić i wykonuję swój zabawny taniec ciałka, tak zwane. gibajło i łup na pupę. 
W euforii mej radości z dojrzewającego dziecia, pozostaje moment strachu o czworonożne stworzenia. 
Jak Bułka dorwie kotka, to uuuuu....jest z czego futerko robić. 
Tak więc zaczął się czas trudny, gdyż mama musi dorobić się oko z tyłu głowy aby to wszystko ogarnąć i pozbierać do kupy.

W tym wszystkim jest i nasz mały agencik. Agent demolka, per. Kacperro.
U Niego właśnie nadszedł czas progresu i regresu. Bardziej tego drugiego niż pierwszego, ale najpierw trzeba upaść aby nauczyć się dobrze wstawać. 
Od początku, dla tych co nie wiedzą:
Progres- inaczej mówiąc, jest to postęp, rozwój.
Regres- powrót do zachowania charakterystycznego dla wcześniejszego okresu rozwojowego. 

Kiedyś miałam straszny sen.Obudziłam się z okropnym dudnieniem serca. Śnił mi się synek, malutki, kochany. Nie pamiętając już co dokładnie się działo, zapamiętałam jednak dość dobrze fakt że Kacperro umierał. 
Tego samego dnia opowiedziałam sen Teściowej, i wyjaśniła mi że nie patrząc na to iż sen tak naprawdę był koszmarem, oznacza coś dobrego. Oznacza, że zaczęłam dostrzegać rozwój i dojrzewanie swojego malucha. 
Są postępy ale jest i parę kroczków w tył. 
Kacperek zauważył, że siostrzyczka coraz mniej, albo wcale nie śpi, a coraz to częściej przebywa w naszym gronie. Powiem wam szczerze, że właśnie tego się obawiałam. 
Ponoć, najpiękniejszy prezent jaki możesz dać swojemu dziecku, to rodzeństwo. 
(Mogę teraz wam opisać moje spostrzeżenia, bo wnioski, wyciągnę za parę lub paręnaście lat.)
Na dany moment, synek jest zdania że taki prezent to on chromoli. Zabiera mu zabawki! A tak przecież nie można. Krzyczy i piszczy głośniej od niego! A tak nie można. Częściej jest na rękach u rodziców! A to zbrodnia karalna. Mama nie krzyczy jak dorwie kota! A na mnie głos podnosi. 
A zabierajcie taki prezent i koniec!
Pragnąc być w centrum uwagi i miłości rodzicielskiej, synek zaczął etap regresu. 
Ją karmicie?! Co z tego że już od dawna sam jadłem? A dawać mnie na kolana i tu...do buzi..pakować am, am! Co z tego że słuchałem się Mamy i Nenka, jak teraz nie muszę, a mówcie co chcecie i tak tego nie zrobię! Skoro Ona może męczyć zwierzątka to i ja! A bo czemu nie?! 
Bułka spać nie chce? To ja też, a co! itp...itd.

Pamiętam, jak to było ze mną i moją siostrą. Jako maluchy, byłyśmy nierozłączne. Ja zmieniałam jej pieluchy i ją ubierałam. To nic że efekt końcowy był opłakany, ale się starałam. Czasami pokazywałam gdzie nocniczek i woziłam na barana. Troszczyłam się i doceniałam że mam rodzeństwo. A różnica wieku jest taka sama jak u moich maluchów, 2 lata. Faktem jest, że w którymś momencie bańka mydlana pękła. I jedna drugą by na pchlim targu za 5zł sprzedała. Ale na nowo połączyły nas między innymi dzieci. 

Jak chyba każda Mama, chciała bym aby moje maluchy doceniały to kogo mają i co mają. Mam nadzieję, że i na to wkrótce przyjdzie czas. Że KAcperro sam z chęcią da jej samochodzik, a nie po głowie. Że będzie chciał pokazać siostrze jak jeść, chodzić i psocić. Oczekuje tego dnia...z niecierpliwością...


Więcej na temat raczkowania tutaj. 
(...) Rodzeństwo.
Choćbyśmy nie wiem, jak bar­dzo so­bie dokuczali...
Gdy przyj­dzie niebez­pie­czeństwo jed­no dru­giego nie poz­wo­li skrzywdzić...
Do­kuczać możemy so­bie wza­jem­nie, ale in­ni nie mogą,
Bo nie kochają nas tak jak my siebie nawzajem...
I w tym tkwi nasza siła. (...)