czwartek

Kościół dla dzieci??!

*

Przed sklepem zauważyłam Panią z palmami. 
Zapomniałam, że czas tak szybko leci i przystanęłam na pięć minut aby zaczerpnąć powietrza i pomyśleć. 
W portfelu zostało mi parę groszy, ta niedziela może okazać się idealnym pretekstem, 
aby mój syn w końcu dowiedział się jak wygląda msza i czym jest kościół. 



Zakupiłam palemkę dla siebie i malucha. Z ciężkimi siatami wypełnionymi zakupami podążam w kierunku domu i napotykam sąsiadkę. 
Pytam ją o godziny odbywających się mszy w naszej parafii i informuję ją o swoim pomyśle. 
Po chwili przynosi mi karteczkę mówiąc : 

"O 10-30 jest specjalna masz dla dzieciaczków. Weź Kacperka na nią, ksiądz jest bardzo wyrozumiały. Dzieci śpiewają, bawią się i ganiają po kościele." 

I tak zrobiłam.
Od wtorku przygotowuje synka na to wydarzenie. Tłumaczyłam jak ma się zachować i dla czego nie wypada krzyczeć w takim miejscu. 
Maluch się ucieszył a ja byłam niezwykle zaciekawiona co przyniesie owy dzień. 

Palma w dłoń, odświętnie wystrojeni idziemy podbijać nieznane nam tereny. 
Mnóstwo wesołych i pięknie wystrojonych dzieci czekało już w kościele. Kacperro co chwilę paluszkiem pokazywał na coś i dopytywał co to jest, lub do czego służy. 
Po chwili w głośnikach ryknął głos księdza. Poprosił aby wszystkie dzieci/młodzież wyszli przed kościół i tam poświęcone zostaną nasze palemki. 
Nagle tłum ruszył i wszyscy zachowywali się tak, jakby pozapominali że wśród nas są małe dzieci i należałoby je puścić przodem, a nie taranować maleństwa po bucikach, albo maltretować torebką ich niewielkie główki.
Kiedy wszyscy "wylecieli" na zewnątrz ponownie zahuczał smętny, znudzony i ospały głos księdza. 
Przez słabe nagłośnienie, albo zbyt głośną fonię można było zrozumieć co drugie słowo. Także bełkot, bełkot i naglę zrobiło się mokro.  
Ponownie powróciliśmy do środka. Zadziwiło mnie, że każde dziecko było uspokajane, uciszane, warczano na nie, szturchano, ogółem mówiąc zabraniano dziecku być dzieckiem i kazano stać w miejscu przez 50min. 
Denerwowały mnie zażenowane miny rodziców i ich tłumaczenia, bo dziecko ospałe, bo nie rozumie, bo coś tam......Według nich czterolatek, lub trzylatek ma stać jak wryty i wręcz nie oddychać. Ma być perfekcyjną wizytówką mamusi i tatusia. 
A czy naprawdę o to w tym chodzi?
Kiedy sąsiadka opowiedziała mi o tej mszy, wyobrażałam sobie zupełnie co innego. 
Biegające dzieci wesoło śpiewające i modlące się na swój uroczy sposób. Bez spięcia i zakazów. 
Czytanie Pisma Świętego tak, aby dziecko nie miało problemów ze zrozumieniem przekazu.
Dużo śmiechu i fajnie spędzony czas. 

Szybko sobie przypomniałam dlaczego za dzieciaka niedziela była udręką. 
Dwa zupełnie inne miejsca, dwie zupełnie inne parafie a tak naprawdę zero polotu i fantazji w jednym i drugim miejscu. Przykro jest mi patrzeć jak przez sama nie wiem lenistwo(?), czy też nie chciejstwo(?)zniechęcane są dzieci do brania udziału w mszach świętych. 
Bo co stoi na przeszkodzie księdzu, aby stworzyć miłą i zabawną atmosferę w ciągu tej jednej godziny. Aby msza dla dzieci była tą mszą specjalnie dla nich. Wesoła i odkrywcza. Czy nie łatwiej byłoby zrozumieć dziecku Boga? 
Efekt końcowy był taki, że po piętnastu minutach Kacperro zażądał powrotu do domu. Chcąc wyjść, musieliśmy się przebić przez falę zapłakanych, smutnych i znudzonych dzieci. 
Przykre....