piątek

Wyjść i nie zwariować???!!...

*
Tak sobie dzisiaj powspominam. 

Przypomniało mi się pierwsze wyjście z mężem, po porodzie KAcperra. 
Akurat trafiła się okazja, urodziny Nenkowego kolegi.
Wyzwanie zostało podjęte. Kacperek miał półtora miesiąca. 
I właśnie ten dzień zapamiętałam od początku do końca. Klatka po klatce - jak w filmie. 
I nie wiem, czy to było aż tak traumatyczne przeżycie dla mnie? Czy też może tak przyjemne?
Tak czy owak, w pamięci pozostało.

To był chłodny marzec. Mama wyszykowała się, wymalowała i ubrała jak na wybory miss świata. 
Z 50 razy patrzyłam w lustro przed wyjściem, aby upewnić się że wszytko jest zapięte na ostatni guzik. 
Późnym popołudniem przyszła moja Siostra, aby zająć się małym smrodkiem. Z lekka wystraszona malutkimi gabarytami Kacperra, ogarnęła organizację i podjęła się wyzwania. Z niepokojem powierzyłam jej skarb i zniknęliśmy z Tomasem za drzwiami.

Ze znajomymi spotkaliśmy się w umówionym miejscu. Jakieś 10min od domu. I zaczęło się...
Telefon sprawdzałam co raz. Smsa pisałam co 5min, dzwoniłam co godzinę.
Miałam nadzieje, że to wyjście będzie nieziemską zabawą, taki Kac Vegas, a okazało się Kac WaWa. 
I tak, jak tylko zamknęły się drzwi za nami, nasz mały synio postanowił zrobić prezent cioci, zapakowany w pampersa.
Jak dojechaliśmy ze znajomymi do klubu, nerwowo szukałam telefonu aby dowiedzieć się czy Siostra daje sobie radę. I oczywiście dawała sobie znakomicie, to tylko mama nie dawała sobie rady ze świadomością opuszczenia dziecka, na rzecz dobrej zabawy. 
W klubie okazało się, że już zapomniałam jaki tam panuje klimat. Ciemno, śmierdzi fajkami, denna muzyka i wieeeele ludzi. A do tego alkohol okazał się równie dużą klapą. I w głowie ciągłe...hymmm..co z moim synkiem???...Psuć mężowi zabawę i wracać do domu? Czy zostać jeszcze chwilkę i odreagować? 
Co tu robić, co tu robić? O telefon....żadnej informacji....może coś się stało? MOŻE COŚ SIĘ DZIEJE!? 
Patrze na Nenka i wiem, że nie mogę przerwać mu zabawy wśród znajomych, których tak dawno nie widział. Rozglądam się, widzę piękne kobiety, szczęśliwe, śmiejące się. Wszyscy dobrze się bawią a ja szaleje wewnętrznie i chcę wracać do domu!! Do dziecka!!
To oznaczało jedno, młodzieńcze życie skończyło się z dniem 24.02.2011. Nie potrafię się już dobrze bawić, nie sprawia mi to przyjemności. Chce siedzieć w domu z dzieckiem, z rodziną. 

Podobnie było jak wysłaliśmy malucha do żłobka. Mama poszła do pracy, tata też. 
Kiedy, pierwszego dnia zaprowadziłam malucha na zajęcia, myślałam że z szoku doznam zawału.
Puścił moją rękę i pobiegł do dzieci, nawet się nie obejrzał, nawet nie zapłakał.....nawet nie zatęsknił.
Serce się matce kraja na taki widok i zachowanie. 
Poszłam do domu. Sprzątałam, gotowałam i poprałam. Wszystko zrobione średnio w dwie godziny. Do pracy na 16 a tu dopiero 10. Co robić? Jest tak cicho, tak spokojnie. Spróbowałam zasnąć, odespać półtora roczne co pół godzinne wstawanie. Aleeeee się nie dało!! Może jakiś serial i gorąca kawa? Nic z tego. Głowa pełna myśli. Co z moim KAcperro. Czy zjadł? Czy spał? Mało nie oszalałam...

I tak źle, i tak nie dobrze. Co z nami Matkami jest nie tak? Z jednej strony, chciałybyśmy czasami odpocząć od tych rozwrzeszczanych bachorków a z drugiej, nie umiemy zorganizować sobie czasu bez nich. 

W kinie filmu obejrzeć się nie da, bo na telefon co 15min patrzymy. W pracy średnio skupione bo o dziecku myślimy. Na imprezie zabawa okazuje się do bani, bo co to za zabawa bez rodziny? 
Czy jeszcze się da wyjść samej? Odpocząć, ale tak naprawdę odpocząć? Nie wariować? A może my już jesteśmy wariatkami?  Jak wyjść i nie zwariować?!!

(...)Jed­nym z wa­runków ludzkiej wol­ności jest czas.
Mądrze go wy­korzys­tując uczy­my się wolności.
Tak wygląda nasza wol­ność, jak wygląda nasz czas.
Przy­naj­mniej po części... (...)