środa

karuzela....

*
Ruszyła maszyna i już nic jej nie zatrzyma.
Ruszyła i pędzi, bez chwili wytchnienia.
Tak się mój dzień zaczyna, tak właśnie ruszyła maszyna. 




Od pisków i krzyków, nie od świtu, zaczynamy poranek.
Ala już wstała i karuzelę włączyła.
Biegiem na górę śniadanie przygotować, ekspres włączyć i siebie ogarnąć. 
Kacperek wszędzie zabawki rozrzuca, a już w szczególności w kuchni, żeby mama nie zapomniała jak tor przeszkód wygląda. 
Dzieci ojcu pozostawione, mama biegiem do sklepu po zakupy. 
Myśli batalię toczą, co do świąt, choinki i potraw na ten dzień. 
Obładowana siatami do domu wracam.
Na rękach Bułeczka i przeszkody w pył obracam.
Biegam jak szalona, coś do jedzenia robię.
Tu serek rzucam, tam kanapeczkę podaje, a w między czasie patrzę na podłogę i oczom nie wieżę. 
Wczoraj odkurzałam, chyba ze 3 razy.
Więc sięgam po sprzęt i lecę raz jeszcze. Łyka kawy biorę i siup do mikrofali, bo już łyżwami  można po niej jeździć. 
Mąż do pracy, a ja nie wiem w co ręce włożyć. 
Patrzę na kalendarz i zawału dostaję.
W przyszłym tygodniu Święta, a tu jeszcze nic nie zaplanowane!
Alicja powoli po schodach się wspina, Kacperro w toalecie pływać się uczy. 
A ja już robię się siwa, bo nie wiem czy Ale łapać, czy Kacperra od kibla zabierać!
Pranie składam i nogą dziecko od schodów odganiam.
Kacperek odkurzaczem pokoik ogarnia. No to połowę zabawek z machiny wyciągam. 
Przy okazji Alę ze schodów ponownie ściągam. 
Biegam jak oszalała. Zmywarkę nastawić trzeba i podłogę umyć.
Bułeczka rozpacza, że spać już chcę. Tak wcześnie przecież wstała.
Przepisy na pierniki i rolady sobie szykuję. Alicji kaszkę majstruję. 
Tak, tak Kacperka z kibelka odganiam. 
Biorę butlę, synkowi tłumaczę, że siostrę idę położyć i zaklinam go na wszystkie świętości, niech bajzlu w tym czasie nie narobi.
Wraca i szok, na miejscu wszytko. Mały ziewa, więc robię rozeznanie co mi do mycia podłogi potrzeba.
Kaszka w dłoń i poduchę już tuli. Biegnę po płyn i cynamon bo niema.
Podłoga umyta! 
KAcperro nadal śpi, Alicja z dołu krzyczy co sił! 

Dopiero 12, a ja pędzę co tchu.
Jeszcze obiad, lista dań, zakupów, pranie i pieczenie. 

Ruszyła maszyna i nic jej nie zatrzyma....ruszyła i leci....a ja chorobę lokomocyjną mam.
Jak to się skończy? Oby dzień bez ofiar!!
O kawę z mikrofali wyjmę i może coś zjem? 
A Ala wstała, więc zmiana planów, i tak do końca dnia.