poniedziałek

Czas..spokój...



*
Któregoś z kolei męczącego dnia uświadomiłam sobie pewną jak że istotną sprawę.
Czasami z nadzieją i radością patrzymy w przyszłość. Kiedy to dziecko postanowiło doprowadzić mnie do szału, pomyślałam jeszcze tyko parę lat i będę miała święty spokój. (I nie, nie świadczy to o tym że jestem złą matką, a jeśli ty też tak myślisz to wież mi jest to w 100% normalne i nie ma w tym nic złego)
Nagle mnie olśniło że to nie prawda, że ani za parę lat, ani za moment czy też za 5263 dni nie będę miała tego spokoju. A to dla czego? Już tłumaczę.
Rodzi się mała istota i kochasz ją nagle bezgranicznie, poświęcasz jej cały swój czas i każdą chwilę. Karmisz, kąpiesz, dajesz jeść i przewijasz. To tak na początek a potem do tego pakietu startowego dodajesz naukę(raczkowanie, chodzenie, mówienie...) w następnym czasie prowadzisz za rękę, odpowiadasz na trudne i łatwe pytania  itd. 
Przychodzi czas kiedy twoja pociecha osiąga wiek szkolny i tu właśnie pomyślałam że będę miała przerwę, odpocznę i odetchnę. Nic bardziej mylnego bo co z tego że dziecko będzie w szkole jak ja myślami będę niczym anioł stróż przy jego boku. Za nim wróci do domu, będę się zastanawiać czy zjadło śniadanie, obiad i co zjadło? Czy daje sobie radę? Co czyha na mego malca w budynku w którym nie będzie mnie obok? I tak do momentu powrotu do domu a tu w cale nie łatwiej, czy odrobił lekcję? Co ma zadane? Ile może posiedzieć ze znajomymi na dworze żeby ze wszystkim zdążyć?
Z czasem przyjdzie gimnazjum,liceum a tu matura itp, itd...
Rozumiecie co chcę powiedzieć?
Decydując się na dziecko to jak by decydować się na oddanie spokoju i swojego czasu.
Czy kiedy kol wiek jeszcze będziemy mieć spokojną duszę? Nie, bo jesteśmy matkami i my ciągle się zamartwiamy o los naszego dziecka...

*


A jak nam miną dzień?
Szalenie męcząco i ciężko. Poskładałam nareszcie pranie z czego na prawdę bardzo się cieszę.
Kacperro, Bułeczka i mały Nikoś postanowili sprawdzić naszą(moją i siostry) cierpliwość. Kiedy przyszło do kładzenia spać to przyznam się bez bicia że przegrałam już tą nie równą walkę...
Nienawidzę  siebie za to że muszę krzyknąć czy dać klapsa.
(Zastanów się za nim mnie skrytykujesz czy aby na pewno jesteś taka święta/święty. Wyznaje zasadę że czasami taki przysłowiowy klaps wychodzi na dobre i ja dostawałam po tyłku i mój mąż i jakoś na złe nam to nie wyszło. A jeśli jest tu taka matka/ojciec co nigdy i podkreślam to słowo, nie dała klapsa swojemu dziecku to z chęcią ją poznam!)
Jest to okropny stan dla mnie, kiedy w końcu osiągnę zamierzony efekt to uciekam gdzieś, gdzie ta mała kruszyna mnie nie widzi i zaczynam szlochać. Okazałam się bez silna i słaba skoro musiałam użyć siły i gra, (przynajmniej mi) to na ambicji że nie znalazłam złotego środka aby na spokojnie osiągnąć wspólnymi siłami ten cel.
Martwię się że nie potrafię czasami zmieścić swoich obowiązków w 24h. 
Nie mam też tej magicznej chwili dla siebie o którą ostatnio walczę i będę walczyć do skutku, brakuje mi odetchnienia, zwykłego siedzenia na pupie tak gdzie kol wiek i nie myśleć .  
I znowu jest 16min po północy, ledwo widzę na oczy i ze zmęczenia chce mi się wyć ale nie mam już siły, wykończył mnie ten ciągły płacz malutkich dwóch urwisków, walka o chwile snu dla tej trójcy, która i tak spać nie chciała i ganianie za niesłuchającym się Kacperro.

Dobranoc wszystkim i do zobaczenia...