piątek

Narodzono nienarodzone

*

Do napisania tego tekstu nakłonił mnie post Matki Prezesa.
Ostatnio trzymam się tematyki porodowej i noworodkowej.
Wspomnienia wracają jak bumerang. Chcesz o czymś zapomnieć, ale
co rusz obrazy wryte w twej pamięci wyskakują, jak ta przerażająca laleczka z pudełka.
Opowiem wam nieco inną historię. 
Bolesną i tragiczną. Historię niepojętą i ciężką do zrozumienia, bo ciężko jest pojąć
jak w szpitalu mogą panować takie zasady(?). 



Ani pierwsza, ani druga ciąża nie przebiegała za łatwo. 
Od początku byłam przygotowywana do trudnych chwil.
Zdążyłam poznać trzy szpitale z oddziałami porodowymi i patologi ciąży.

1. Jana Bożego
2. Staszica
3. Kardynała Wyszyńskiego 

Trafiałam tam z przeróżnymi objawami.
Za pierwszym razem byłam w szpitalu im. Kardynała Wyszyńskiego. 
Pominę fakt badania po którym z automatu dostałam zapalenia. Objawy były dość niepokojące, więc
ordynator postanowił mnie położyć na patologię ciąży.
Na sali byłam sama, a w pokoju obok znajdowała się jedna mama z dzieckiem i druga bez malucha. 
Z dnia na dzień ciśnienie spadało mi dramatycznie. Ordynator wchodził, patrzył czy jeszcze żyjemy i nie czekając na pytania wychodził. Tyle go widziano. Któregoś dnia, byłam już bardzo wściekła. Leżałam tydzień, sama i nie wiedziałam zupełnie co mi dolega i czy z dzieckiem wszytko jest porządku. Rozzłoszczona zapytałam pielęgniarki ile trzeba dać w kopertę, aby łaskawie Pan doktor zainteresował się pacjentem. 
Przy następnej wizycie ordynator odrzekł mi, że nie jest w stanie stwierdzić bez wyników badań, co mi dolega. Kiedy już ciśnienie wyniosło 60/40 a ja przestałam się bawić w uprzejmą panią, zostałam wypuszczona. I nic w tym dziwnego, poczuła się lepiej, miejsce zajmuje, no to wypad!. 
Teraz wróćmy do Pań z sali obok. 
Dwie, jedna z dzieckiem a druga bez. Jedna szczęśliwa i radosna, a druga nieustająco zapłakana, nieszczęśliwa i podążająca korytarzami jak cień. Odniosłam wrażenie, że dla personelu była tak zwanym wrzodem na dupie ludzkości. 
Dowiedziałam się, że straciła dziecko w dość zaawansowanej ciąży. Kobieta zupełnie nie mogła sobie z tym faktem poradzić, (i nic dziwnego). Od czasu, do czasu odwiedzał ją jakiś mężczyzna. A tak była całkiem sama. Sama, gdzie na łóżku obok leżała szczęśliwa mama ze swoim maleństwem. 
Szok, zdziwienie i niezrumienienie. Dla czego kobieta, która straciła dziecko jest tak katowana? 
Tak, można tu użyć słowa katowana. To istna tortura, skazanie na depresję i chęć targnięcia się na własne życie. Jak można dopuścić do takiej sytuacji? Ja leżałam sama, w sali  z trzema łóżkami. Wymówka, że brakło miejsc jest tylko mydleniem oczu. Wstrętnym mydleniem oczy. 
Było mi jej żal, martwiłam się o tą kobietę. Było mi przykro, że w miejscu gdzie są same kobiety, żadna nie chciała jej pomóc. 

Innym razem w bardziej zaawansowanej ciąży trafiłam do szpitala na Staszica. 
Szpital w remoncie, z miejscami wolnymi problem. Zostałam przyjęta, bo rozwarcie zaczęło się robić a 
jakaś położna powiedziała, że do północy urodzę. W 36tyg, myślałam że umrę. Biała jak ściana wyszłam z pokoju położnych i zostałam poprowadzona do swojego łoża. W sali było coś około 5łóżek. 
Ja z objawami, dwie z dzieciaczkami, jedna bez i jedna przywieziona po cesarce. 
Klimat panujacy w szpitalu był okropny. Bród, smród i strach. 
Zaczęłam rozmawiać z kobietami. Dwie szczęśliwe mamusie, jedna ledwo z porodem zdążyła, a drugiej tak poród przeciągnęli, że dziecko zdążyło się nałykać smółki. 
Pani po cesarce, to był ktoś kogo przypadek mnie wstrząsną. Zabrałam głos w jej sprawie bo już wytrzymać nie mogłam. Kobieta w nocy wraz z mężem, zostali przywiezieni na sale. Pani była po cesarce, jeszcze nieprzytomna. Coś od czasu do czasu bąkała, ale ledwo można było zrozumieć. Mąż przerażony widokiem żony, starał się jakoś jej pomóc. Nie bardzo wiedział jak. Pierwsza godzina.....nic.....druga godzina.....nic...Trzecia godzina i nie widu, nie słychu położnej. Bach!! Nagle wpada, podaje noworodka ojcu i zmyka rzucając po drodze Niech Pan dziecko do piersi przyłoży! I znikła.
Facet stał jak słup soli. Małe zawiniątko wyło, a on nie wiedział co ma robić. Mama średnio przytomna, ale bezwładna. Sam i dziecko. Facet i dziecko. Facet i pierwsze w jego życiu dziecko!
Wstałam, doczołgałam się i nabrałam powietrza w płuca po czym wrzasnęłam głośno i wyrażnie
CZY PANI TO RACZY SOBIE JAJA ROBIĆ!! JA NIE WIEM JAK DZIECKO DO PIERSI PRZYŁOŻYĆ, A CO DOPIERO TEN PAN Z NIEPRZYTOMNĄ ŻONĄ!!!!! ŁASKAWIE ZAPRASZAM!!
Pojawiła się zszokowana, jak ja mogłam nawrzeszczeć na nią.Jak ja szara istota, mogłam podnieść głos na tak ważną Panią. Wierzcie mi mało jej nie pobiłam. 
Pokazała co i jak, i poszła. Pan zapłakany podszedł i podziękował. 
Ja była zbulwersowana, a na domiar tego pozostała piąta osoba w pokoju. 
Dziewczyna młoda, bez dziecka. straciła je. Co dzień słyszała moje ktg, co dzień widziała dwie matki i jedną po cesarce ze swoimi maluchami. Co dzień przeżywała najgorszy dzień w życiu. Jak tak można, kim jesteśmy aby dawać tyle cierpienia jednej osobie? 

Z innej beczki. W którąś tam noc z kolei , wpada wrzeszczący mężczyzna i grozi każdej napotkanej pielęgniarce. Wściekły, bordowy z chęcią mordu. Usłyszałam tylko :  Żona mówiła, że rodzi a wy ją wypisaliście bo zajmuje miejsce!! Mówiła, że ruchów nie czuje. A wy ją wygoniliście. Dziecko wypadło, WYPADŁO jej na schodach, wchodząc do domu.
Jak wychodziłam dowiedziałam się, że zonie i dziecku nic nie dolega. Są cali i zdrowi. 

Ten sam szpital, ciąża druga. 
Budynek wyremontowany. Te same pielęgniarki i ta sama ordynator, która w dniu porodu Kacpra orzekła, że mam jeszcze 3tygodnie do porodu więc lepiej, abym miejsca nie zajmowała. 
Przedwcześnie zaczęły się skurcze i mała bardzo się obsunęła ku dołowi. Leżałam w pokoju z jeszcze jedną dziewczyną i jej mężem. Miała na sobie koszulę pooperacyjną, nie odzywali się do siebie, głównie milczeli. Słychać było tylko ktg, rytmiczne bicie serca mojego dziecka. Po chwili chłopak zapytał co mi dolega, odpowiedziałam i zadałam to samo pytanie. Dziecko w 16tyg okazało się martwe. 
Poczułam się winna. Nie wiem czemu, ale zasłaniałam brzuch i ściszałam jak tylko mogłam ktg. Czułam się winna, że jestem w ciąży a tak miłe osoby muszą na to patrzeć. Płakałam razem z Tą dziewuszką. Bardzo starali się o dziecko. Tak ogromny szpital i naprawdę nigdzie nie było miejsca? 
Ta sama dziewuszka powiedziała, że wczoraj na moim łóżku leżała dziewczyna, która miała urodzić w 6m również martwe dzieciątko. Nie zrobili jej cesarki, kazali przejść przez poród. Nie zrobili jej cesarki, skazali ją na liczne cierpienia.
A ja w głowie miałam już tylko te słowa: Na tym łóżku dziewczyna straciła dzidziusia.

Nie pojmuje funkcjonowania tych dwóch szpitali!! 
Takie zachowanie powinno być karalne. Oddziały dla kobiet, które straciły dziecko powinny być oddzielne. 
To jest męczenie ich psychiki. Znęcanie się nad tymi rodzinami.
Jeden , jeden na cały Lublin szpital ma taki oddział. Jeden szpital nie skazuje na taką katorgę. W jednym szpitalu mozna dostrzec człowieka. W szpitalu Jana Bożego.
Opisałam to czego byłam świadkiem, historię których doświadczyłam. Nie jestem w stanie opisach cierpienia i męczarni tych rodzin. To było przykre, przez ich cierpienie ja czułam się winna swej ciąży. Było mi przykro, starałam się ukryć.